środa, 21 stycznia 2015

triumf Yeti

sweter i Yeti sh | spodnie New Yorker | torebka Mango | buty H&M 

Dobra, przypuszczam, że tekst w tym wpisie może mieć najmniej wspólnego z jakąkolwiek logiką wypowiedzi. Całe twórcze myślenie przekładam na pracę inżynierską i odczuwam wyczerpanie tematem. Trochę mnie to w sumie dziwi, że komora na sypanie blogerskimi mądrościami jest zamknięta, bo Pola z pewnością ma już dość słuchania, jak drętwe jest pisanie pracy inżynierskiej. Skrobanie tym oficjalnym językiem, lanie wody na potęgę, brak luźnych przemyśleń i wręcz ZAKAZ przemycania mojego humoru, sprawiają, że uznaję to za nudne zajęcie pozbawione cząstki mnie. I to są chociażby powody, dla których powinnam sypać na Neonowej zdaniami, jak z rękawa, a tu ciągle zamiast sypać, to usuwam. Do tego rodzina jak zwykle drze się na całą chałupę. TAK, DRZE I TAK, NA CAŁĄ CHAŁUPĘ. Niesie się to po tych 150m2 i w nieprzyjemny sposób co chwilę wybija mnie z toru jakiegokolwiek rozumowania i tworzenia czegoś, czegokolwiek, co choć w jakimś najmniejszym stopniu mnie zadowoli (#problemytrzeciegoświata). Przejdźmy jednak dalej.

Triumf Yeti. Wielki powrót niebieskiego stwora. Ludzie się patrzą na mnie, jakbym wyrwała się z Ulicy Sezamkowej. Szczerze, to im się nie dziwię. W moim mieście, choć największe na Podlasiu i takie kulturowe, wiecznie trwa era komuny i mało komu pomaga hiszpańska Zara, czy szwedzki H&M. To terytorium jeszcze nie odkryte przez część mieszkańców. A jeśli zostało zdobyte niczym Ameryka przez Kolumba, to feeria barw i wzorów jest na tyle silnie uderzająca, że jak na pierwszy raz wystarczy samo patrzenie (czynność cykliczna). Żeby nie było, czasem coś kolorowego lub jakiś inny futrzak przemknie mi przed oczami na ulicy, ale to jednak rzadkość. Pokładam jednak nadzieje, ze będzie lepiej. I z pewnością widzę to czarniej, niż jest w rzeczywistości (zero obiektywizmu). Ciągle się jednak zastanawiam, czy to lęk przed nakładaniem rzeczy rzucających się w oczy, czy już kompletna ignorancja, jeśli chodzi o to, co na siebie nakładamy. Z drugiej strony, podejrzewam, że gdyby wszyscy tak nagle zaczęli ubierać się inaczej, zauważalnie, z pomysłem, to nikt by się nie wyróżniał. Rozmaitość zostałaby stłumiona tłumem. I zastanawiam się tak naprawdę, czy chciałabym drugiego Nowego Jorku w Białymstoku, czy po prostu nie wsiąść w samolot i za 4 tysie przez miesiąc oglądać kolaż rozmaitości za oceanem. Przejechać się żółtą taksówką, wypić kawę ze Starbucks'a, każdego dnia wstawać z nadzieję, że wpadnę na Blake, Victorię, czy może Annę Wintour. Odwiedzić butik Tiffany'ego, jak w filmie "Śniadanie u Tiffany'ego" robiła to Audrey, czy poczuć się na chwilę jak Carrie, pisząc do Was z mieszkanka kolejne blogerskie przemyślenia. A może czatować pod hotelem Empire, w głębi duszy wierząc, że zjawiłby się Chuck i zaślepiony mą osobą porwałby mnie na dach z butelką szampana w gratisie. Ależ to by była plotka. Nigdy nic nie wiadomo. Wiadomo, że warto mieć marzenia. XOXO

niedziela, 18 stycznia 2015

blogosfera od A do Z

 koszula Reserved | spódnica Candy Floss | płaszcz House | torebka i nerka Paulina Schaedel | buty Zara

zdjęcia: FLAWLESS 

Bla, bla, bla. Bla, bla, bla. Tak można w skrócie ując tekst, który napisałam dla Was wcześniej, jego przeczytanie zajęłoby Wam jakieś 3 minuty i nic wartościowego byście z niego nie wynieśli. Zatem powstał nowy.

Wiecie doskonale, że nie lubię opisywać rzeczy widocznych na zdjęciach, a jeśli już się zabieram za opisywanie oczywistości, to staram się aby nie brzmiało to banalnie. Czyli jakbyście nie widzieli zdjęć, a opisywałabym np. biały top z jeansami to odnieślibyście wrażenie, że jest to niemalże kosmiczny skafander. Tak już mam i to się zwie fantazją, która jest u mnie bardziej wybujała niż latorośl w ogrodzie. Dlatego zawsze się zastanawiam, dlaczego blogerki opisują rzeczy widoczne na zdjęciach (chyba, że są to zdjęcia rozmazane, to jeszcze rozumiem, że dosłowny opis jest niemalże niezbędny). Podobno blogerek się nie czyta, bo nigdy nic ciekawego do życia odbiorcy nie wnoszą. Ale nie każda blogerka jest taka (uwielbiam teksty Karoliny i to głównie dzięki nim ją obserwuję). Nie mówię, że moje teksty to mądrości niczym te, głoszone w encyklopedii. Bez przesady. Jakby ktoś pragnął porównać je do poziomu Wikipedii (wiadomo, że Wikipedia to nie jest prawda i tylko prawda, i nie raz można się ładnie wkopać korzystając z wiedzy tam zapisanej), to chyba nawet powinnam skakać z radości. W końcu to blog modowy (w jakiś 20%), a bardziej nawet szafiarski. Więc jak mogę się gniewać na kogoś, kto uzna, że wypisuję głupoty. Alfą (wpierw napisałam "algą" i tym w sumie też nie jestem) i omegą nie jestem, mam prawo palnąć jakiś kompletny idiotyzm (przy okazji starania się przekazania czegoś mądrego), czy po prostu zaserwować Wam esej zawierający same dyrdymały, bo generalnie jest to moje miejsce w sieci (każdy kto się zabiera za czytanie, w końcu sam się na to decyduje). Ale wiecie co się jeszcze liczy? Dystans do siebie, który zapewnia mi częste ironizowanie. Nie każdemu musi się podobać co robię, JAK TO ROBIĘ. Jako szafiarka, mam większe ambicje na życie, niż ciągłe prowadzenie bloga (którego traktuję jak portfolio, a nie słupek zarobkowy), dlatego sama nie raz śmieję się z całej blogosfery, od A do Z i możecie mi wierzyć na słowo, że łaskawa dla siebie nie jestem. A co mnie bawi? Absurdy. Branie wszystkiego co popadnie. Cykanie #selfie (jestem na etapie uczenia się robienia ładnego selfie, może zdobędę ten skill). Darmowa reklama (nie żartuję, jak to mówią, nic na tym świecie nie ma za darmo). Emanowanie wdziękiem. Fikcja jaką nie raz odbiorcy są karmieni. Głupota. Harówka, jaką niby jest blogowanie (nie jest, choć nie wiem, czy powinnam się wypowiadać, za mały #fejm), a podobno blog to pasja (taki oksymoron). Instagram, którego pewnie bym nie zakładała, gdybym nie prowadziła bloga, a teraz jestem od niego uzależniona. Językowe wpadki (taaa...do tej kategorii śmiało należę). Klonowanie (już wiem, kto będzie grał w VII części Star Wars - BLOGERKI...taki suchar). Ważność lajków. Torebki Michael Kors'a (cała blogosfera z takimi samymi, piękny widok!). Za nostalgię po odrzucanej współpracy (a w marzeniach były tak obfite dary)(właśnie przygotowuję się do współpracy, zobaczymy, czy mnie też ogarnie nostalgia :D). Za ortopedyczne skrzywienie nóg do środka (nie wiem, czy coś takiego jest, ale w moi języku występuje)(Ojcze Wszystkich Blogerek, ześlij moc, która sprawi, że te biedne stópki wrócą na właściwy tor).  Photoshop'owanie (ja rozumiem, że ma się pryszcza/e albo worki pod oczami, natura nie obdarowuje idealną cerą każdego, ale nie Dieta zmieniająca rysy twarzy)(tak, jak mam worki pod oczami i brzydką cerę, nie zawsze muszę to retuszować, bo często światło i dobry kadr robi swoje, ale czasem zdarza się, że nieco wyrównuję niedoskonałości). Ranking Kominka i to, jakie budzi emocje (NAJLEPSZA!!!). Za smutne miny (przecież moda to takie porywające zajęcie (mówię serio!), można wyrażać siebie, być niepowtarzalnym, wykreować coś, czego nikt inny nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić, zatem jak można być smutnym zajmując się modą, tą barwną i nieprzewidywalną dziedziną życia, która dotyka nas wszystkich, bo nawet wyznawcy normcore, co się okazuje, są modni!). Trudne wybory ("Którą wybrać???????? Szybko, bo stoję w przymierzalni i kolejka na 20 osób się utworzyła")(Ile z Was spotkała się z takim zdjęciem i jego opisem na FB, czy Instagramie? Pewnie niejedna. Przyznaję, też nie raz chciałam poradzić się swoich obserwatorów, ale zawsze urywa mi sieć w galerii i nie zawsze odbiór jest  natychmiastowy, a godzinę siedzieć w tej przymierzalni nie będę...). Ubarwianie. Wymuszone pozy na zdjęciach (mało wierzytelne). X-mas'owe sweterki, są tak urocze, ale jednak trudne do noszenia, by nie wyglądać zabawnie. Za to świąteczne inspiracje, które zasypują grudzień uwielbiam (Kokorinoo ostatnio odwaliła kawał dobrej roboty). Yyyyyyy, nie wiem co tu napisać, więc może jakiś pozytyw - za ludzi, których się poznaje, to OGROMNY pozytyw. I na koniec, bawi mnie zabawa (wiem, wiem, masło maślane, ale zamierzone), jaką daję mi blogowanie. Dlaczego się z tego śmieję? Bo w życiu nie przypuszczałam, że coś zagwarantuje mi tyle zabawy. Nie sądziłam, że dzięki tej zabawie w blogowanie odnajdę swój styl. Mało tego, nigdy nie sądziłam, ze będę marzyła o stylizowaniu innych, nie mówiąc już, że kampanie reklamowe są szczytem marzeń. Nie sądziłam, że będę śledziła kiedykolwiek pokazy, a teraz bawi mnie to, jak czekam z niecierpliwością aż ruszy NYFW. Nie sądziłam, że pokazy haute couture będą wyciskać ze mnie łzy, że polubię swoje zdjęcia i że znajdzie się jakaś dziedzina, która mnie pochłonie do reszty (mówię tu o ciągłym czytaniu nowych biografii, historii mody, oglądaniu pokazów). Życzę każdemu, aby znalazł swoją pasję, a sama się nie zdziwię, jak zajmę stołek Joanny Horodyńskiej, gdy ta wypali się zawodowo ;)

P.S. Podejdźcie do teksu z humorem i spójrzcie na to, co robicie, z dystansem. Odsuńcie się na chwilę i może patrząc z boku, zauważycie coś, czego wcześniej nie widziałyście, a pozwoli Wam to wprowadzić zmiany prowadzące do lepszych osiągnięć ;)

czwartek, 15 stycznia 2015

pudło


 sukienka SoSimply | płaszcz Reserved | torebka Mango | buty Zara | czapka H&M


 zdjęcia: FLAWLESS

Ojcze Wszystkich Blogerek, mało co nie zbłądziłam i nie poszłam za masą. Chciałam (nawet bardzo!) nałożyć do tego zestawu płaszcz z ostatniego wpisu, czyli ten cukrowy różowy, który sprawia, że wyglądam w nim jak mała dziewczynka i w sumie nawet się tak nieco czuję. Chciałam, ale nie było go w szafie, a mając 3 minuty do autobusu (który kursuje z mojego osiedla wystarczająco rzadko, bym nie chciała się na niego spóźnić) musiałam szybko wybierać. Chwyciłam granatowy, pobiegłam do lustra (po remoncie lustro w wiatrołapie nie wróciło na miejsce i pozostało w tym pomieszczeniu jedynie takie "pocięte" na szafie). "Dobra, pasuje." pomyślałam, po czym poleciałam sprintem na autobus.
Okazje się, że wybór okazał się trafiony. Strzałka mierząca stan samopoczucia przekroczyła limit, a uśmiech towarzyszył mi cały dzień. I choć ciemne kolory, to nie do końca moi faworyci, to granat raz na jakiś czas dostaje przepustkę do "cudownego świata Oli" i spędza ze mną cały dzień. Dzięki temu, że dokonałam takiego wyboru o poranku, nie czytacie teraz zdania, które z pewnością znacie już na pamięć, po kilkukrotnym przeczytaniu go na innych blogach. Dla jasności jednak je przypomnę: "Połączyłam pudrowy róż z szarościami. Jest to przyjemne dla oka połączenie kolorystyczne. Aby nie wyszło zbyt słodko, złamałam cały zestaw czarnymi dodatkami - torebką i butami." (dobra, wyszły 3 zdania).

Ostatnio w mojej głowie dzieją się dziwne rzeczy. Wszędobylski minimalizm, który opanował świat, zaczyna opanowywać centrum dowodzenia moimi stylizacjami, czyli moją kreatywność. Nie jest dobrze mili Państwo. Pewnie 3 grosze dorzuca jeszcze zimowa pora, ale wykręcać się pogodą nie będę, choć te zdolności pewnie i ja mam gdzieś zapisane w szafiarskim DNA. Ale spokojnie, stuprocentową minimalistką nie będę, zawsze coś się znajdzie, co zaburzy ten idealny ład. Tym razem na pomoc przyszły buty (w końcu wpierw zwraca się uwagę na buty, wiem co mówię KLIK). Oczywiście zabawa długościami wciąż trwa. Kręcą mnie zestawy, na które mało kto by się zdecydował. Nic już na to nie poradzę. Po prostu lubię bawić się modą, nawet gdy czasem w efekcie końcowym wyglądam jak pajac, profesjonalniej rzecz ujmując fashion victim.

środa, 7 stycznia 2015

sky full of stars

 sukienka, torebka Mango | cekinowa marynarka Candy Floss | płaszcz Mosquito | buty Deezee

Po pierwsze, bardzo, ale to bardzo chciałam zrobić zdjęcia tej stylizacji w miejskich warunkach, ale jestem taka zapominalska, że zapomniałam zabrać aparatu z domu (radzę nie wnikać :D).  Summa summarum padło na to, że zrobię zdjęcia na osiedlu i przyznam, że nawet pasuje mi ta sceneria (nie wiem, czy to kwestia tego, że serio to dobrze wygląda, czy tak bardzo lubię to miejsce i zdjęcia na tle tego płotu, że nie myślę obiektywnie).
Po drugie, zanim wspomnę o stylizacji, chciałabym udowodnić Wam, że czarny nie zawsze wyszczupla, co widać po moich nogach. NÓŻKI JAK SERDELKI i wierzcie mi, w 4 dni (licząc od poprzednich zdjęć) tak bym nie przytyła. NIE MA OPCJI. I nie, nie photoshopuje sobie nóg za każdym razem, wkręcając Wam, że są chudsze, a tym razem, z czystego lenistwa, postanowiłam tego nie zrobić, wykręcając się czernią (która podobno wyszczupla). Tłumaczę sobie jeszcze to zjawisko tym, że jest to wina rajstop i spuchniętych nóg od pięciogodzinnego tańczenia (Silent disco, czyli imprezy w słuchawkach na uszach, nigdy się nie omija!). Hm, może w końcu rozwiąże zagadkę, ale tymczasem przejdźmy do stylizacji. Dochodzę do wniosku, że ja to tak lubię mieszać rzeczy o charakterze dziennym i imprezowym, czy takie bardziej delikatne i zwiewne z wręcz topornymi. I te dwie kombinacje możecie zobaczyć powyżej. Kto powiedział, że cekinów nie można nosić na co dzień? Z pewnością nie ja! I tak naprawdę ten zestaw daje nam dwie możliwości. Z ciężkimi butami i workiem za dnia, później szybka zmiana butów i torebki na bardziej imprezowe, i lecimy na wieczorne wyjście. Rada w iście amerykańskim stylu. Okazuje się, że tak się da :D

P.S. Dobry, rozwiązaniem jest jeszcze pomarańczowy płaszcz, ale tak bardzo chciałam mieć usta w kolorze fuksji, że pozostałam przy pudrowym różu ;)

niedziela, 4 stycznia 2015

Twiggy

sweter sh | spódnica Mango | płaszcz House | torebka Pimkie | buty Zara


Kojarzycie Twiggy? Na pewno kojarzycie. To ta dziewczyna o długich rzęsach i chudych nogach. Żadna gwiazda naszego stulecia, a lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Jedna z pierwszych top modelek i jedna z najsławniejszych kobiet w dziejach Anglii. Symbol "szalonych lat sześćdziesiątych". Cały świat oszalał na jej punkcie. Zaczęły się pojawiać klony Twiggy, a w sklepach rzęsy Twiggy, skarpetki Twiggy i wszystko co "Twiggy" było super. Sama Twiggy miała nawet własną linie ubrań Twiggy Dresses. Wprowadziła rewolucję w świecie modelingu i tak jak dziś, jej chuda sylwetka nie zrobiłaby na nikim wrażenia, tak kiedyś jej chude nogi były sensacją (twiggy z angielskiego to gałązka i takie żartobliwe przezwisko przybrała Lesley Hornby przez swoją budowę ciała). Mówi się, ze gdyby nie Lesley i Kate Moss, inne chude modelki nie wpięły by się na szczyt. I mają rację, bo trzeba kogoś charakterystycznego, aby takie zjawisko zaszło. Trzeba kogoś, kogo tysiące nastolatek będzie chciało naśladować (i naśladowało!), aby przekonać się, że to jest to, to jest nowa, świeża ścieżka, którą trzeba podążać.
 
Powiem Wam szczerze, że nigdy nie przepadałam za Twiggy. Za jej urodą. Za jej nadąsaną minął. Za jej fryzurą. Za jej piegami. Za stylem, z jakim ją kojarzyłam (głównie właśnie trapezowe sukienki, mini spódniczki, pantofelki). A tu proszę, spojrzałam na zdjęcia powyżej i pierwsze co mi przyszło do głowy, to właśnie Twiggy. Choć lata sześćdziesiąte mamy za sobą i boom na Twiggy minął, tym razem ja się z nią utożsamiam, z większą wyrozumiałością do jej urody, niż jeszcze kilka dni temu. I choć nie było to w moim zamiarze, wystylizowałam się na lata sześćdziesiąte. Spódniczka o kształcie litery "A" i buty na kwadratowym niewielkim obcasie wraz z kwadratowymi nosami (kwintesencja tamtych czasów). Do tego brokatowe. Może nie są to buty od Saint Laurent Paris, ale mimo wszystko lubię je bardzo i moim skromnym zdaniem, świetnie urozmaicają ten zestaw, dalej pozostawiając go w bardziej casualowym niż imprezowym stylu ;)

wtorek, 30 grudnia 2014

party time

Sieć przed sylwestrem zasypywana jest wpisami typu "jak (nie) być klonem", czyli nałóż cekinową sukienkę i szpilki, wyglądaj jak gwiazda i to nic, że jeszcze trzy inne laski będą wyglądały podobnie na imprezie (dobra, jest jeden wpis, który widziałam, gdzie Wiktoria naprawdę radzi, jak nie być klonem i przyznam, że podobają mi się TE propozycje). Do tego zasypywani jesteście mnóstwem postów podpowiadającym Wam, co możecie znaleźć na stanie danego sklepu (Wildfox7 i Catewalk), dlatego też propozycję sukienek w tym roku sobie daruję. Mniej jest poradników pomagających Wam w doborze odpowiedniej sukienki do sylwetki (bo przecież to już nie jest ważne), dlatego w tym momencie odsyłam Was do wpisu (tutaj), który przygotowałam rok temu (z przykładami sukienek, ale zeszłorocznych kolekcji, zasady się jednak nie zmieniają).
Osobiście postanowiłam zaszaleć i pokazać Wam moje trzy wersje imprezowych stylizacji. Każda w innym stylu, ale w każdej czuję się rewelacyjnie. Oczywiście to stylizacje typowe na chłopięcą sylwetkę (duże ramiona, mniejsze dupsko), ale poniżej będą wskazówki, które po przeczytaniu mogą Wam pomóc w doborze Waszych kreacji (zasada przeciwstawności)(w razie wątpliwości, piszcie śmiało).

spódnica Candy Floss | bluzka sh | biżuteria Front Row Shop i Pandora

To jest wersja soft, że tak powiem, dla osób, które niekoniecznie przyjaźnią się z cekinami, sukienkami, ale jednak chcą nieco błyszczeć tego dnia. Szyfonowa bluzka, do tego typu spódnic, a także na tego typu okazje, zawsze się sprawdza, bo dzięki właśnie materiałowi z jakiej jest wykonana nadaje lekkości, ale także bardziej elegancki wygląd. Ja polecam coś ze wzorami, ale w sieci, czy w sieciówkach możecie znaleźć mnóstwo jednolitych bluzek. 
TIP: spódnica równoważy moje szerokie ramiona, zarówno przez krój, jak i przez to, że się błyszczy (od razu przyciąga uwagę ku dołowi). Z pewnością nie pokusiłabym się na tą bluzkę, gdyby nie dekolt V, który optycznie wydłuża mój korpus i szyję odciągając większą uwagę od ramion. W dodatku bluzka nie jest na cienkich ramiączkach, co dodatkowo sprawia, że ta część ciała nie wydaje się na tak duża. Lejący materiał dodaje kształtów i kobiecości (chłopięce sylwetki to prawie deski). Kropką nad "i" jest biżuteria, delikatna, ale również kierująca uwagę na biodra ;) 

spódnica i baskinka H&M (aktualne wyprzedaże) | szpilki Venezia

Ten zestaw od razu pokochałam. I ze względu na wzór (spódnica jest cekinowa, baskinka już jedynie w nadrukowane kropki), ale także ze względu na fakt, jak podkreśla moją figurę (szczególnie tyłek :D ). Jeśli chodzi o wzory, jest to totalnie moja bajka i czuję się w tym zestawie jak ryba w wodzie (i chodzenie w tej spódnicy na pewno wychodzi mi lepiej niż tej PANI :D).
TIP: dzięki temu, że bluzka ta jest baskinką, całą uwagę kieruje na biodra, równoważąc tym linię ramion. W dodatku rękawy góry są dość zabudowane i proste. W moim przypadku nie robi to wielkiej różnicy, jednak dla kobiet o masywniejszych przedramionach z pewnością już zrobi i to nie małą. Unikamy w ten sposób przecięcia przedramion w niekorzystnym miejscu, co daje efekt wysmuklenia tej części ciała.

marynarka Candy Floss | sukienka SoSimply | szpilki Venezia 

Czerń noszę rzadko, ale w takim wydaniu podoba mi się najbardziej. Cekiny i błyszczące materiały to mój żywioł ;)
TIP: sukienka tuba zawsze pięknie podkreśli sylwetkę. Dodatkowym atutem tej sukienki jest jej nadrukowany wzór. Każdy wzór maskuje zbędne kilogramy, pod warunkiem, że jego wielkość jest odpowiednie dobrana do naszej figury. Błyszczący materiał może wydawać się w tym wypadku dość ryzykowny (mówię o osobach masywniejszych, wiadomo wszystko co błyszczy optycznie powiększa jeszcze bardziej), dlatego proponuję ewentualnie poszukać czegoś również we wzory, ale matowego :)
Te cekinowe cudo można nosić na dwa sposoby, jako marynarkę i jako sukienkę. Z pewnością sprawdzi się również przy jednolitym, matowym kombinezonie jeśli czujecie się kiepsko w nadmiarze błyskotek. Poza tym, jest to ubranie, które pięknie buduje nam sylwetkę. Zwróćcie uwagę na moją linię ramion, a także na biodra. Osobiście jestem zachwycona ;)

niedziela, 28 grudnia 2014

counting stars

 sukienka Mango | spodnie New Yorker | narzutka SoSimply | płaszcz House | torebka Paulina Schaedel | buty Pimkie | bransoletki Front Row Shop, Pandora

zdjęcia: Flawless 

Grubsza o 5 kilo i już tęskniąca za sylwetką sprzed świąt, siadam do pisania tekstu. Jako, że jest to pierwszy wpis, w którym występuje sukienka w gwiazdki, będzie o tym, jak moje myślenie o tym wzorze uległo zmianie po latach i kto w dużej mierze przyczynił się do tego ;)
Gimnazjum. Czasy emo. Ciemne spodnie, ciemna koszulka, ciemna bluza z kapturem, ciemne spodnie i najlepiej do tego glany, albo chociaż trampki. Oczywiście ciemne, to jak najlepiej czarne. Do tego krata, paski albo właśnie gwiazdki. Nie obeszłoby się bez czarnego lakieru do paznokci, z chęcią czarnych oczu, gdyby tylko dyrektorka za kudły nie wywalała ze szkoły, a rodzice nie dawali szlaban na telefon. Ach, zapomniałam o jeszcze kilku atrybutach, oczywiście czapeczka z daszkiem, grzywa na bok, plecak albo torba naparzająca po dupsku przy każdym kroku i deseczka. I jest gites. Też macie taki obraz w głowie młodzieży za czasów końca podstawówki i tych trzech lat gimnazjum? Ja mam, choć sama, od wszystkiego co powyżej napisałam, stroniłam. Ok, może poza czarnym lakierem do paznokci (ten do dziś uwielbiam) i deskorolką (zimową wersję tego sprzętu wolę znacznie bardziej, dobra, KOCHAM snowboard!!!). Nadzieja, że nauczę się jeździć na deskorolce, i że dzięki temu będę super fajna, oczywiście była. Szybko jednak zapał do nauki się wyczerpał, a po pewnym czasie samochód okazał się jednak praktyczniejszy (i też ma 4 kółka). Wyżej wymienione gwiazdki za to uważałam za kwintesencję emo. Po prostu emo bez GWIAZDEK, czarni i pasków nie istniało. To przekonanie można powiedzieć, że nawet zakorzeniło się w mojej głowie. Później doszły do tego gwiazdkowe tatuaże, jednak to już czasy liceum i myślę, że może to już nie oznaka emo, a zwyczajnie miały mówić, że jest się cool. Na tyle cool,  że z czasem tak się przejadły, że nawet co poniektórzy właściciele owych tatuaży, mają ich dość i głowią się każdego dnia co z nimi począć (żeby nie było, mi one nie przeszkadzają, w końcu osobiście takiej pieczątki na ciele nie mam, a patrzy się miło :D).
Minęło dobrych parę lat, aż sama zaczęłam jarać się gwiazdkami do tego stopnia, że pewnie nawet dzieci z podstawówki nie podzielają mego entuzjazmu. Tatuażu nie mam zamiaru sobie zrobić, ale ubrania w gwiazdki powoli zaczęłam kolekcjonować. Od pierwszego wejrzenia spodnie w gwiazdki (zdjęcie poniżej) zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie, że cała kolekcja Matthew Williamson'a na jesień-zimę 2014/15, w moich oczach jest idealna. Później swoje 3 grosze dorzuciła Anna Kuczyńska pokazem "Lava" i było wiadomo, że gwiazdki jesienią i zimą (a może i dłużej!) będą moją ogromną miłością. W ręce wpadła mi bluzka o tym motywie (na dniach na blogu), później sukienka z tego wpisu i teraz bujam sobie w obłokach, pfff co ja gadam, odkrywam gwiezdną galaktykę :D


zdjęcia pochodzą ze strony elle.pl; kolekcja Matthew Williamson jesień-zima 2014-15