poniedziałek, 20 października 2014

kwiecisty blok

spodnie H&M | bluzka Stradivarius | bomber Zara | torebka Monnari | buty Pimkie 

Kto powiedział, że nie można nosić kwiatów z kwiatami i to w dodatku jesienią? 
Kwiecisty total look wydaje się dość hardcorowym rozwiązaniem, szczególnie gdy góra z dołem nie tworzą kompletu. A może właśnie wtedy, gdy jest to komplet, wydaje się on już totalnie total, co sprawia, że zamiast wyglądać ciekawie, wygląda na zbyt "napaciane", a osobę, która zdecydowała się na takie rozwiązanie można nazwać ofiarą mody? Pod linkiem macie świetny przykład tego, o czym piszę, a jak wpiszecie w przeglądarce Google "Kim Kardashian w kwiecistej sukni" zaczerpniecie jeszcze więcej wiedzy bezużytecznej. Jednak, można również wyglądać ciekawie i stylowo bazując na tym samym motywie i dowód na to, że nie kłamię, macie poniżej. 
Osobiście podjęłam się ryzyka połączenia tego dość kontrowersyjnego wzoru w "bloku" (bo tak czasem określam total look'i i chyba najbardziej trafnie; blok, od blokady, zapory, zderzenie się z czymś mocnym, silnym; never mind, nie rozkminiajcie tego za wiele), jednak rzeczami, które nie tworzą kompletu (ok, innych nie miałam w szafie i tyle)*. Część z Was uzna, że jest tego za dużo i wcale mnie to nie zdziwi, gdyż nie każdy jest wielbicielem nadmiernych połączeń wzorów, stąd też pod spodem mam zwykłą białą bluzkę (tak na wypadek jakbym sama miała ich dość). Osobiście jednak uważam eksperyment za udany. Jeśli znajdzie jakieś ciekawe zdjęcie kanapy, pasujące do mojej stylizacji, walcie śmiało ze sklejonymi zdjęciami na maila. 
Wiele więcej powiedzieć się nie da, bo resztę widzicie na zdjęciach. Mogę dodać tyle, że pogoda nas rozpieściła, wyszło piękne słońce, drzewa radują moje oczy, moje włosy jeszcze bardziej (wiem, wyglądają na nieład, ale ja lubię nieład), aż chce się uśmiechać tymi podkreślonymi czerwienią ustami. 
A, i kto powiedział, że nosimy kwiaty jedynie wiosną? Przecież to taki banał (chyba każdy zna tą scenę z Diabeł ubiera się u Prady, gdy Miranda Priestly wyśmiewa noszenie kwiatów wiosną). Lepiej nosić je jesienią, szczególnie, że tej jesieni domy mody nieźle nas zaskakują.** 

*Rok temu, gdy na jesień krata odrodziła się jak Feniks z popiołu, projektanci, sieciówki i magazyny modowe lansowały trend na połączenie kraty z kratą. Zasada była prosta i ta zasada, moim skromnym zdaniem, tyczy się każdych połączeniem tego samego wzoru. Otóż polega ona na tym, że jeśli łączymy ten sam motyw, to na obu rzeczach nadruk/wyszycie/cokolwiek innego nie powinien być tej samej gęstości/wielkości (oczywiście mowa o przypadkach, gdy nie są to komplety). Przykład takiego połączenia macie powyżej. Bomber ma gęsto nadrukowane małe kwiaty, spodnie rzadko duże kwiaty, albo stylizacji w kropki, gdzie spódnica miała gęste małe kropy, a sweter duże białe. To jest zasada, która pomaga uniknąć totalnego przejedzenia danym motywem w stylizacji i myślę, że warto się jej trzymać (oczywiście window check tego nie obowiązuje; ta krata jest poza jakimikolwiek normami, co Wam już dwa razy udowadniałam TU i TU). 

**Jeśli chodzi o kolekcje na jesień-zimę 2014/15 to kwiaty można było oglądać na wybiegach u mojego kochanego duetu Dolce&Gabbana (TU polecę Wam film z wybiegu, ponieważ pokazy D&G zawsze dopięte są na ostatni guzik, towarzyszy im piękna sceneria i muzyka; sylwetki z tego pokazu pewnie nie raz "mignął" w przyszłości na Neonowej), a z ciekawszych propozycji zobaczymy je jeszcze u Valentino, Thakoon, Elie Saab i Nina Ricci. 


zdjęcia pochodzą ze strony elle.pl 

środa, 15 października 2014

historia wrzosowego koloru (again)

bomber, buty Zara | sweterek F&F (sh) | spódnica Allegro | torebka C&A | bransoletka House of Mima 

Pamiętacie jak pisałam Wam o Carrie? No właśnie, kto nie pamięta, nadrabia zaległości, reszta czyta dalej. W tym przypadku (mowa o stylizacji powyżej), wiele się nie zmienia. 
Uwielbiam rzeczy, które znajdują się w mojej szafie i w każdej czuję się świetnie (inaczej nie ma miejsca na tą rzecz). Jednak myślę, że w szafie każdej z nas znajduje się choć jedna taka, która sprawia, że czujemy się w niej OLŚNIEWAJĄCO. Nie dobrze, nie komfortowo, nie zgrabnie, a olśniewająco, czyli wszystko co wymieniłam + miliard innych powodów. Czasem jest to sukienka, para spodni, spódnica, czy zwykły top. Jeśli u którejś z Was w szafie jeszcze nie ma takiej rzeczy, to nie ma co panikować i jutro ruszać na podbój wszystkich galerii w mieście, a także szykować się na dobowe przeszukiwanie sklepów internetowych, niczym wyprawa na biegun, bo z czasem trafi taka do Waszej szafy i nawet nie będziecie wiedziały kiedy. One lubią zaskakiwać. Kupione czasem pod impulsem, czasem argumentowane "bo muszę ją mieć" (choć do niczego nam nie pasuje)(ja miałam wizję na sesję, więc ta spódnica musiała zostać przeze mnie znaleziona; summą summarum sesja nie powstała), a czasem są to wymarzone, wyczekane, przemyślane wybory. Jednak bez względu na to, jak trafiły do naszej szafy, zawsze niespodziewanie stają się tą PEREŁKĄ, dzięki której wychodząc do miasta czujemy się jak BOGINIE. Dokładnie, BOGINIE. Bo tak właśnie czuję się wychodząc w tej spódnicy. Zawsze niesie ona za sobą samouwielbienie, które nie opuszcza mnie cały dzień. Ma w sobie coś takiego, że idąc ulicą oglądam się w każdej witrynie z zachwytu. Nie mogę odpuścić, aby nie spojrzeć jak pięknie faluje na wietrze i zawsze mam wrażenie, że cały świat skupiony jest tylko na mnie (albo chociaż na spódnicy)(przynajmniej w  mojej wyobraźni). Myślę, że każdej z nas, raz na jakiś czas, taki dzień jest niesamowicie potrzebny. Ale czy mogłybyśmy tak codziennie? Osobiście wiem, że nie dałabym rady. Bo czasem potrzebny jest dzień, dwa lub 6 w dresie, aby ten jeden był szczególnie wyjątkowy ;)

czwartek, 9 października 2014

dots dots dots

 spódnica Monashe | sweter House | torebka Mango (Poli) | szpilki Venezia 

Pojawienie się grochów w sieciówkach i sklepach on-line wcale nie jest przypadkowe, bo ziarenko grochu, moim zdaniem, zasiał Hedi Sliman (może się mylę i sweter, który mam na sobie zajął się szarymi komórkami odpowiedzialnymi za unikanie wygadywania przeze mnie głupot; nie mniej jednak, wybaczcie, gdy jest inaczej). Tak, Hedi Sliman, tego Pana już znacie, bo ostatnio przy okazji cekinowych leginsów nieco już o nim mówiłam. Oczywiście nie tylko na wybiegu u Saint Laurent Paris pojawiły się ogromne grochy, bo swoją obecnością zaszczyciły również gości przybyłych na pokaz Matthew Williams'ona, Armaniego Prive, czy Valentino (tu wersja bardziej kolorowa i dotknięta duchem etno klimatów). Oczywiście, przypadkiem również nie jest fakt, że ten sweterek znalazł się w mojej szafie, gdyż niesamowicie mnie zauroczył. Rzucił czar niczym spadająca gwiazdka (bądź gwiazdki ze spodni i spódnicy z kolekcji Matthew Williamson; czyż nie są świetne?! <MARZYOTYCHZESTAWACH>) i sprawił, że w podskokach ruszyłam w weekend na łowy, walczyć w Puszczy Wieszakowej o swoją zdobycz, dzielnie trzymając InStyle w ręku. Polowanie udane, radość ze swetra ogromna (mimo 100% akrylu), a radość ze zdjęć jeszcze większa!
Skupiając się jednak na stylizacji. Powtórzę setny raz, że zabawa wzorami daje mi ogromną frajdę, co również, mam nadzieję, jest widoczne na zdjęciach. Tym razem padło na total look w dość romantycznym klimacie bazujący na grochach (jakbyście nie widzieli, że to są grochy i jakbym wcześniej nie mówiłam już kilka razy, że te powyżej białe kółka, to właśnie grochy; tak tylko poszerzam horyzonty Waszej wiedzy, więc pamiętajcie, te białe na swetrze i ciemne czarne na spódnicy TO są grochy [ostatni raz w tym wpisie napisałam słowo na "g", obiecuję!]). I nie wiem, czy to kolory, czy paryski klimat stylizacji, czy kropy, czy wszystko co do tej pory wymieniłam dało taki efekt, ale wyszło nadzwyczaj delikatnie, dziewczęco i na swój sposób uroczo. A że total look'i nie są mi obce, nie mogłam odpuścić takiego zestawienia.
Na koniec wspomnę, że Pola podała pomocną dłoń i z chęcią pożyczyła mi torebkę (kupowanie dwóch takich samych w różnych kolorach sobie odpuściłam) i nawet nie musiałam jej niczym przekupić :D Mogę jedynie pozwolić sobie na stwierdzenie, patrząc na ostatnie zdjęcie, że szkoda, że nie mam czerwonej podeszwy, jak każde szpilki od Louboutin. Jednak, to jedynie wizualny brak, bo z pewnością bym połamała nogi na tych szpilkach, a moje są mega wygodne ;)

(zdjęcia pochodzą ze strony elle.pl; od lewej: Saint Laurent Paris, Armani Prive, Matthew Williamson, kolekcje jezień-zima 2014/15)

P.S. Jakieś ciekawe pomysły na zastąpienie "total look" jakimś polskim określeniem? Wszystkie kombinacje dozwolone! ;)

poniedziałek, 6 października 2014

Człowiek, który stworzył Zare...

koszula, spódnica, torebka, buty Zara | ramoneska Mohito 

Dla odmiany zaczynam od tytułu, a ten wydaje mi się wręcz banalny i oczywisty (po tym, jak miałam pustkę w głowie) szczególnie, że właśnie tego dnia, gdy szłam na zdjęcia, odwiedziłam również Empik i postanowiłam skrócić nieco listę książek oczekujących na przeczytanie. Choć tytuły ciągle dochodzą, to jedna z pozycji długi czas czekała na zakup. "Człowiek, który stworzył Zare" to książka o kolesiu, który wpadł na tak świetny pomysł, by otworzyć tak uniwersalny sklep, że jestem w stanie ubrać się w nim od stóp po czubek nosa (i 10347894 innych kobiet również)* i właśnie tak prezentując się sfinalizowałam transakcję w Empiku (dążę do tego, że odpowiedniejszej książki nie było).
Od razu uprzedzam, że dopiero po wyjściu już z domu, uświadomiłam sobie, że gdyby nie kurtka, byłabym w 100% manekinem Zary (tak jestem tylko w 80%). Zabieg nie był celowy, bo tak naprawdę do stworzenia stylizacji zainspirował mnie pokaz Rebecca Minkoff na jesień-zime 2014/15 (obejrzany ponownie w sierpniu). Spódnica, która pojawiła się na wybiegu przypomniała mi o istnieniu mojej spódnicy i tak nagle trybiki zaczęły działać na jak najszybszych obrotach, aby stworzyć spójny look z tym elementem. 
Jednak wrócę na chwilę do Zary. Wielkie domy mody oskarżają sieciówkę o kopiowanie, gdzie ta argumentuje zarzuty zatrudnianiem anonimowych projektantów pracującymi nad każdą kolekcja jaka się pojawia w sklepie (a nowości pojawiają się co dwa tygodnie, co sprawia, że towar nie zalega na magazynie, a klientki częściej zaglądają do sklepu, by nie przeoczyć nowości, czy przypadkiem nie przegapić super okazji, czy po prostu kolejnej marynarki) i uzasadniając, że są to osobiste projekty. Ludzie za to narzekają na słabe materiały, a także stosunkowo wysokie ceny, co do jakości. Dodatkowo w mediach nie raz huczy od artykułów dotyczących wyzysku ludzi pracujących w fabrykach, który przyprawia o zawroty głowy. I to wszystko prawda. A jednak mimo wszystko Zara przoduje na rynku w sprzedaży i zawdzięcza to głównie propozycjom, jakie ma do zaoferowania w sklepie swoim klientkom. 
Bo niech każda z nas zada sobie pytanie, czy nie chce chodzić ubrana modnie, za w miarę dobrą cenę. Jasne, to pytanie retoryczne i z 70% z Was z pewnością tak jak ja, chciałabyście mieć nie jedną rzecz z wybiegu. A gdyby tak podsumować materialne marzenia, czy po prostu co sezonowe zachcianki z pewnością, za te wszystkie płaszcze, futrzaki, botki, spodnie, spódnice, sweterki, torebki, sukienki, suknie i apaszki wyszłaby suma 6-cyfrowa. 
Oczywiście, że wolałabym kupować u polskich producentów i polskich projektantów, ale należę również do grupki dziewczyn, które uwielbiają mieć totalnie urozmaiconą szafę i zakupy w sieciówkach (czy lumpeksach), mi na to pozwalają, w porównaniu do zakupów z takich domów mody jak Balmain, Matthew Williamson, Dior, Dolce&Gabanna, Valentino, Prada, Tod's, Miu Miu, Ance, DKNY i mogę wymieniać jeszcze całkiem sporo, bo całe szczęście, wymawianie nazwy nic nie kosztuje (inaczej byłabym już totalną bankrutką!). [Co do polskiej mody, liczę  na to, że uderzy w nią kiedyś gwiazda z nieba, nada jej więcej życia, różnorodności, a era szarego dresu minie do momentu, aż mnie będzie na nią stać.]** A jeśli chodzi o Zarę, to w tym temacie ona króluje. Amancio Ortega, założyciel firmy, świetnie zapełnił lukę na rynku tworząc taki sklep, a co za tym idzie dając kobietom to, czego pragną, w cenie, która pozwala im dodatkowo wypić kawę na mieście i pogadać o tych zakupach z kumpelą. 
Są kobiety, które ubierają się jedynie w Zarze. Są kobiety, które jak czegoś potrzebują, to pierwszym sklepem do jakiego zaglądają jest Zara (u mnie dzieje się w przypadku torebek). Są też kobiety, które omijają ten sklep szerokim łukiem. 
Są też blogerki, z których się śmieją, że mogłyby śmiało zastępować manekina z Zary. A przy okazji tego wpisu, pozwalałam wszystkim się śmiać, że takowym się stałam, ale powiem Wam szczerze, że mi się to podoba, bo takiego manekina w witrynie sklepowej jeszcze nie widziałam. I raczej nie zobaczę ;) 

*nie wierzcie tej liczbie, jest zmyślona i losowo wystukana przeze mnie na klawiaturze
**nie odbierzcie mnie źle, szary dresik jest fajny, ale nie gdy pojawia się u każdego projektanta stanowiąc eurekę, gdy tak naprawdę, jest kolejnym podobnym projektem w konkurencji "kto da więcej" (zdradzę Wam sekret, La Mania prowadzi, 1590 zł za szarą, bawełnianą sukienkę)

P.S. wybaczcie minę na pierwszym zdjęciu; wiem, mogłabym je sobie darować, ale i tak mi się podoba! ;)

czwartek, 2 października 2014

kwiatki, paski i oklaski

 bomber, torebka Zara | spodnie Bershka | baskinka SoSimply | szpilki Aldo 

Ok, za Wami kolejna stylizacja z cyklu "jak mi się podoba, to poczeka", gdzie w efekcie końcowym leżakowanie często służy i w dodatku później cieszy oko. Przynajmniej moje oko. 
Z reguły gdy powstanie jakaś stylizacja w mojej głowie, a zazwyczaj dzieje się to w ułamku sekundy, notuję ją do kalendarza. Kolejne sekundy mojego cudownego życia zabierane są na przemyślenie dodatków i tak po chwili dziecina czeka na swoją kolej. Zapisuję je z trzech powodów. Pierwszy to aby jej nie zapomnieć (tak potrafi się zdarzyć, mam dość lotną pamięć). Drugi, aby mieć z czego wybierać, gdy mam już wrażenie, że wszystko Wam pokazałam (częściej mam przeciwstawną sytuację; momentami nie mogę zasnąć, gdy wieczorem leżę w łóżku, światło zgaszone, kołdra grozi, że nie wpuści mnie z powrotem, gdy wyjdę po notes, a w głowie kłębi się tyle pomysłów i myśli, którą stylówkę i kiedy ja ją zdążę pokazać, gdy lato takie krótkie, złotej jesieni jak na kartki, a zima choć piękna, to sroga i nie zawsze pokojowo nastawiona do blogerek, bądź na odwrót). Po trzecie, lubię mieć po prostu wszystko poukładane. Oczywiście, nagle nie staję się wyznawcą normcore, gdy nie wychodzę na zdjęcia, ale wiadomo, o poziom treści które publikuję trzeba dbać, więc wygrywają silniejsze pomysły. Czasem tak bardzo chciałabym pokazać Wam totalnego zwyklaka. Jednak gdy już moja stylizacja z daleka krzyczy: "Nie zjadłam dziś kreatywności na śniadanie." śladowe jej ilości pozostają na Instagramie
Także po trzech miesiącach dziecko wychodzi do ludzi, aby paparazzi mogli się na nie przyczaić za półtoraroczną brzozą i cyknąć kilka fotek na ulicach przedmieść Białegostoku. Oklaski mili Państwo, bo czuje się nieco speszone. Ale do rzeczy...
Tym razem postawiłam na zabawę paskami z kwiatami oraz grę kolorów. I nie będę ukrywać, każdy szczegół był przeze mnie dokładnie przemyślany, jeśli przemyśleniem można określić 2 minuty jakie się na to poświęciło. Dobra, trzy, musiałam upewnić się co do miejsca ;) 

niedziela, 28 września 2014

window check i neony

 spodnie H&M | bluzka Sheinside | płaszcz Zara | buty Reserved | torebka Mango

Dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli window check i neony. 
Ale od początku. Trzy rzeczy, dwa kolory i dwie kombinacje dające total look. Jedną już widzieliście. Drugą, skoro czytacie właśnie tekst, również. Ta obecna powyżej była moim pierwszym zamysłem i choć pewnie już nie raz spotkaliście podobne połączenie, to i tak musiałam Wam je pokazać. Może dlatego, aby mieć pretekst, by znów Wam coś tu namazać, abyście stracili X czasu na czytanie, albo żeby chociaż część z Was ściągnąć na Neonową obrazkami. Dla zainteresowanych bardziej tekstem możemy ustalić, że obrazki są dodatkiem do tych 388 słów poniżej.
Na punkcie window check mam fioła i wiem, że nie jestem jedyna. Jest jeszcze wiele fashionistek, których zdjęcia krążą po sieci, a ja je kolekcjonuję, dlatego wraz z tym postem, z pewnością będą pojawiać się na fanpage'ub (tak dla zainteresowanych większą dawką inspiracji). 
Co by jednak nie było, niejedna z nas musiała tą kratę gdzieś podpatrzeć i z pewnością ktoś musiał coś zaprojektować z materiału o tym motywie (błyskotliwy pomysł, niczym wynalezienie żarówki patrząc na to, jak jest teraz uwielbiany). Z miłości do historii, oczywiście historii mody, zanotowałam przypadek (może i były wcześniejsze, ale mój radar już ich nie namierzył), gdzie w 1946 roku amerykańska projektantka Claire McCardell zaproponowała w swojej kolekcji sukienkę oraz komplet crop top ze spódnicą (klik) w kratę w białej wersji. Nie ukrywam, że mimo 68 lat, jakie minęły od przedstawienia tej kolekcji, z chęcią sama bym zaopatrzyła się w taką spódnicę!
Window check uważam za wzór elegancki, przez monochromatyczną kolorystykę w jakiej jest zachowany, ale jednak niesie ze sobą nieco szaleństwa. Ożywi i nada charakteru każdemu zestawowi i właśnie to najbardziej lubię w tej kracie, bez względu, czy pojawia się w kolekcji damskiej, czy męskiej, jak w przypadku pokazu jesień-zima 2009/10 Hugo
 Boss'a (klik). 
Krata ponownie wróciła na wybiegi w lutym tego roku, gdzie projektanci pokazywali swoje propozycję na jesień-zimę 2014/15. Można było ją zobaczyć u Phillip'a Lim'a (przeskalowana i w innym wariancie kolorystycznym niż klasyczne połączenie czerni i bieli), w kolekcji domu mody Desigual (tu w połączeniu z kropami i kwiatami) oraz w kolekcji Tod's, na którą chcę zwrócić Waszą szczególną uwagę. Dlatego, na 2 minuty się zamykam i odsyłam Was do krainy Youtube'a na filmik z pokazu (KLIK). A poniżej wersja dla tych, którzy chcą poświęcić jedynie 15 sekund i zobaczyć same propozycje z window check. 



(zdjęcia pochodzą ze strony elle.pl; kolekcja Tod's na jesień-zimę 2014/15)

P.S. Jeśli chodzi o mój zestaw, uważam, że wyszedł w dość angielskim klimacie (takie mam odczucie) i głównie pewnie przez trencz, który zawsze będzie mi się kojarzył z marką Burberry. Aby nie było 100% kopiarstwa, postanowiłam zaszaleć z butami i myślę, że wyszło całkiem ciekawie i spójnie (głównie przez zachowanie kolorystyki). Neony na paznokciach mogą być świetną alternatywą, jeśli chcecie wnieść nieco z trendu na fluo kolory (które głównie pojawiły się u Kenzo) do swojego stylu, ale się go obawiacie. Mały detal na paznokciach czasem wystarczy ;) 

piątek, 19 września 2014

dziewczyna Saint Laurenta

 legginsy no name | koszula, buty Zara | torebka Bershka 


UWAGA! Stylizacja powstała dzięki ambicjom na zdobycie jednego z piętnastu miejsc dających możliwość uczestnictwa w warsztatach stylizacji School of Style organizowanych przez magazyn GLAMOUR. Konkurs polega na przedstawieniu interpretacji jednego z trendów na nadchodzącą jesień za pomocą zdjęcia własnej stylizacji. [Mała poprawka - nie została przeze mnie wysłana, bo nie będę w stanie się na nich zjawić, ale zajawka pozostaje do Waszego wglądu ;)]

O świecidełkach wspominałam Wam ostatnio i nic od poprzedniego wpisu się nie zmieniło, poza przedstawieniem odmiennej wersji cekinów. O ile wcześniejsza stylizacja była typowo dzienna (to głównie przez trampki i torebkę typu bowling), to tą, którą pokazuję Wam tym razem, można śmiało traktować jako „wyjściową”. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby nosić się tak za dnia, gdy słońce pięknie świeci, a cekiny bardziej błyszczą ;)

Dlaczego „dziewczyna Saint Laurenta”
Na wybiegach przestawiających trendy na jesień-zimę 2014/15 aż błyszczało od cekinów, koralików i połyskujących tkanin, szczególnie jeśli chodzi o pokaz domu mody Saint Laurent Paris (nie mylcie z Yves Saint Laurent, gdyż ta nazwa jest już niewłaściwa; po objęciu sterów w 2012 roku Hedi Slimane zmienił nazwę i była to jedna z pierwszych rewolucji, jakiej dokonał, po zostaniu dyrektorem kreatywnym tego domu mody), który niesamowicie zapadł mi w pamięć. Błyskotek nie zabrakło również na wybiegu u Chanel, Toma Forda (ruda tunika z cyfrą-marzenie!), Alexandra McQueen'a czy Marchesy, więc laski, jeśli macie jakieś cekiny (czy cokolwiek innego co błyszczy) w szafach, wyciągajcie je tej jesieni śmiało ;) 

Jeśli się nie mylę, w sierpniu Glamour ogłosiło konkurs. Początkowo nie zgłębiałam się w zasady przez to byłam święcie przekonana, że trzeba coś napisać o trendach, a nie wysłać samą stylizację, a jak wiadomo, pisanie idzie mi marnie ;) Również w sierpniu, przed konkursem, wpadła mi do głowy stylizacja. Myślałam sobie: "Albo sprzedaję te legginsy, albo jakoś je pokazuję". Padło, że pokazuję. Padło również na to, że przypomniałam sobie o konkursie. Przy okazji, doszłam nawet do wniosku, że jest to trafiona stylizacja zatem, dlaczego by jej nie wykorzystać? Tylko zaraz, do jakiego trendu ona pasuje?! Po chwili nagłe olśnienie. Moje oczy zaświeciły się jak lampki choinkowe, a laska w lustrze wiedziała już o co chodzi. Do głowy przyszedł mi oczywiście, jako pierwszy, pokaz Saint Laurent Paris, później poparłam go innymi i wiedziałam, że trend na oślepianie przechodniów na ulicy padnie ofiarą mojej interpretacji. 
W kolekcji, którą proponuje nam Hedi Sliman, nie brakuje cekinów, świecidełek, ćwieków, rockowego zacięcia, jak i dziewczęcego uroku, co mam nadzieję, że udało mi się pokazać ;) 


(zdjęcia z kolażu pochodzą ze strony elle.pl; pokaz Saint Laurent Paris jesień-zima 2014/15)


P.S. Idealnych butów na obcasie nie miałam, ale te dają radę, przez fakt, że są srebrne (ostatnio Pani pod kościołem się do mnie uśmiechnęła, bo miała te same na nogach). Jeśli chodzi o cekinowe legginsy, z nimi trzeba uważać. Potrafią nieźle pogrubić nogi, co nawet zauważalne jest nieco po moich (takie serdelki w efekcie)(generalnie polecam cekinowe legginsy osobom wysokim i szczupłym). Całe szczęście moje mają lekko wyższy stan i poprzez włożenie w nie koszuli z przodu, nieco wydłużyłam sobie nogi, nie odbierając znacząco tym zabiegiem centymetrów talii.